Nemezis ma już ponad dziesięć lat. W połowie lat 90 projekt założył Łukasz Pawlak, wcześniej znany głównie ze sceny industrialnej, dziś szef Requiem Records, najciekawszej polskiej wytwórni muzyki elektronicznej. W najnowszym wcieleniu Nemezis wspomagają go Konrad Kucz (eks-Futro) i Marcin Bociński. Muzyka bazuje na ambientowych przestrzeniach, przez co całość unosi się lekko i zwiewnie. Nie są to jednak minimalistyczne suity, w których trzeba doszukiwać się melodii i rytmów. To płyta z piosenkami: eterycznymi, sennymi, rozmarzonymi. Uspokajają, ale nie nużą. Są krótkie i dużo się w nich dzieje. Tworzą album delikatny i ciepły. Piękny. MARCIN BABKO / GAZETA WYBORCZA (Co jest grane, 9-15.11.2007)
Nie jednym Skalpelem polska scena elektroniczna stoi. Oto znakomita płyta z muzyką chwilami blisko dokonań wrocławian i podobnie jak one miłą w słuchaniu. Konrada Kucza pamiętamy dobrze z grupy Futro (z Kasią Nowicką w składzie), nieco słabiej z projektów solowych z kręgu wyciszonej, medytacyjnej elektroniki. Łukasz Pawlak, na co dzień szef Requiem Records, to postać związana ze sceną muzyki ambient i postindustrialnej jeszcze od czasów, gdy tę ostatnią wydawało się na kasetach. Marcin Bociński to z kolei uzdolniony producent, odpowiedzialny za brzmienie ich wspólnego tria Nemezis. Oparte na głębokim brzmieniu kontrabasu, połamanych syntetycznych rytmach lub strzępkach jazzowych partii perkusyjnych, łagodnych plamach syntezatorów i przetworzonych partiach wokalnych. Nemezis tworzy utwory pełne ukłonów dla najciekawszej muzyki elektronicznej z lat 90., całego nurtu ambient techno, z Irresistible Force i Biosphere na czele. W historii tego gatunku wszyscy trzej orientują się zresztą znakomicie. Elektronika w wykonaniu Nemezis jest - o dziwo - nienowoczesna, wręcz nostalgiczna, zawieszona poza czasem. Niezwykle przy tym wyciszająca samymi barwami i wysmakowana w najdrobniejszych detalach. Ładna i funkcjonalna zarazem - czymś takim można przecież zmyć z siebie cały stres i pośpiech dnia. BARTOSZ CHACIŃSKI / PRZEKRÓJ
Bardzo oddalili się Nemezis od swoich industrialnych korzeni. Groźnie brzmiąca nazwa kryje dziś wyciszoną, ciepłą muzykę.
Łukasz Pawlak, założyciel i lider Nemezis, poszerzył tym razem grono współpracowników, m.in. o Konrada Kucza (weterana polskiej elektroniki, szerszej publiczności znanego z Futra) i Marcina Bocińskiego (producenta i muzyka, współpracującego m.in. z artystą wideo Arturem Żmijewskim) oraz jazzową wokalistkę Patrycję Olton. Większy personel nie pozostał bez wpływu na muzykę, która jest bardziej zróżnicowana i przystępna niż zawartość świetnego skądinąd, poprzedniego albumu "Whispers from Behind the Window". Zaryzykowałbym wręcz stwierdzenie, że momentami jest to muzyka dość chwytliwa, a niektóre rzeczy - choćby "La Rotunde" - da się nawet zatańczyć. Ale to wyjątki. Większość kompozycji rozgrywa się rzeczywiście, jak podpowiada tytuł, pomiędzy... Między jawą a snem, między realnością a marzeniami. Wolno płynące dźwięki oplatają słuchacza, przynoszą odprężenie, słodkie poczucie rozleniwienia. Bardzo miło się przy tym nudzi.
Zaintrygował mnie utwór "Musique de film", przywodzący na myśl, również ze względu na partię wokalną, nie tyle hollywoodzkie soundtracki, co berlińskie eksperymenty Davida Bowiego. Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby podobnych klimatów na kolejnych albumach Nemezis znalazło się więcej. Ale nie upieram się, nie namawiam... 57 minut "Inbetween" to najlepszy dowód na to, że Nemezis doskonale wiedzą co robią i dobre rady recenzentów nie są im potrzebne. JAROSŁAW SZUBRYCH / ONET
Pod nazwa Nemezis kryje sie najwazniejszy projekt na krajowej scenie elektronicznej ostatniej dekady. Jego tworca i lider - Lukasz Pawlak - w ciagu jedenastu lat dzialalnosci wspolpracowal z szerokim gronem muzykow. Ukoronowaniem tej drogi artystycznej byl znakomity album "Whispers From Behind The Window" z 2002 roku. Po przerwie Nemezis powraca wydawnictwem "Inbetween". Tym razem Pawlakowi towarzyszy Konrad Kucz (znany chocby z Futra) i Marcin Bocinski. Tych trzech weteranow polskiej elektroniki nagralo album, ktory zaskakuje roznorodnoscia. W przeciwienstwie do poprzedniego krazka, nowa muzyka Nemezis jest utrzymana w jasnych tonacjach - sporo w niej przejrzystych i urokliwych melodii, ktore sprawiaja, ze moze sie ona spodobac nawet nieobeznanym z nowoczesna elektronika sluchaczom. Trio zrezygnowalo bowiem z bardziej eksperymentalnych brzmien, stawiajac raczej na cieple i stonowane dxwieki wywiedzione z klasyki gatunku. Wszystko wskazuje na to, ze "Inbetween" bedzie dla Nemezis przepustka do muzycznego mainstreamu. PAWEL GZYL / DZIENNIK POLSKI
Poprzednia płyta Nemezis ("Whispers From Behind The Window") ukazała się 6 lat temu i była dla mnie jednym z największych odkryć polskiej muzyki elektronicznej początku XXI wieku. Później okazało się, że kompozycje zespołu docenił sam Geir Jensen (Biosphere), do którego twórczości Polacy świadomie - ale też nie niewolniczo! - nawiązywali.
Przepięknie wydana "Inbetween" jest ogromnym krokiem naprzód względem doskonałego debiutu. Nemezis znów umiejętnie puszcza oko do wyrobionego słuchacza smacznymi inspirajami, ale i dla kogoś, kto nie pasjonuje się muzyką elektroniczną, jest to wyborne, bogate w wiele smaków, danie. Na początek intro przywołujące ambient w tradycji "Substraty" Biosphere, z tym, że wzbogacone o przepiękny, zmysłowy, kobiecy wokal, który Nemezis umiejętnie sampluje. Zaraz potem, nieoczekiwanie przenosimy się do czołówki filmu "Mulholland Drive" Davida Lyncha, gdzie taneczne łamańce a la Funki Porcini spotykają się z uduchowioną produkcją hi-tech. Kolejne 3 utwory pozwalają posmakować, czego Polacy nuczyli sie od mistrza Jensena - mamy zatem niemal medytacyjny (tylko z której, wschodniej tradycji?) "Identity", doskonałe nawiązanie do "Nordheim Transformed" spółki Deathprod/Biosphere ("Madame Rose") czy względnie tradycyjne minimal-music ("Old Ship Hotel"). Dalej pojawiają się również elementy swoistego dubu ("Atom Kinder", "There Is Less And Less Time") jak i techno-ambient (coś z "Incunabulli" Autechre?) z przepiękną linią melodyczną ("Aerodrome"). Na szczególną uwagę zasługuje utwór "Warsaw - Lodz - Warsaw"oparty na dwóch planach rytmicznych, w którym pojawia się wbijający w podświadomość szlagwort zagrany na jakimś analogowo-zabawkowym syntezatorze. Bomba! Płyta zmierza ku końcowi hi-tech-trip-hopem z bogactwem mrożących krew w żyłach (;-)) pogłosów ("Queen Mother") i na powrót - biospherowo-lynchowym ambientem ("Musique De Film"). Na finał pozostaje ponad siedmiominutowa coda, pięknie nawiązująca do początku płyty.
"Rozlany", nocny ambient najwyższej próby pozostawia słuchacza z przekonaniem, że zdarzają się artyści, którzy 1. mają pomysły, 2. mają warsztat, 3. mają szacunek wobec słuchacza - serwując mu raz na długi czas rzecz - a niech tam! będzie górnolotnie - wybitną. WITOLD HOMARZEC
Po 6 latach nieobecności powraca polski projekt Nemezis. Skład uległ zmianie [teraz jest to trio - Łukasz Pawlak(Requiem Records), Konrad Kucz (ex-Futro) i Marcin Bociński]. Przy nagraniach wzięło też udział sporo gości.
Jest to materiał, który niezwykle mnie urzekł. Po tym jak ujrzałem i usłyszałem ten projekt na żywo, z niesamowitymi wizualizacjami (Suka off) byłem zszokowany. Natychmiast udałem się, jeszcze jakby w transie, do stolika z napisem Requiem Records i ów album nabyłem.
Muzyka Nemezis na tym albumie jest niesamowicie spokojna, ciepła i delikatna. Elektroniczny chillout z najwyższej półki. Przychodzą na myśl skojarzenia z Biosphere, Brian Eno, The Orb czy Future Sound Of London, nawet Massive Attack w końcowych utworach, jednakże Nemezis po tylu latach działalności wykrystalizował swój własny niepowtarzalny styl. Wszyscy, którzy znają wcześniejsze dokonania zespołu mogą być mocno zaskoczeni, gdyż projekt nie brzmi już wcale tajemniczo i mrocznie.
Mamy tu syntezatory, głęboki bas, samplowane wokale, spokojne partie rytmiczne, szum płyt winylowych, saksofon, gitary akustyczne i wiele innych. Wszystko razem świetnie zrównoważone, co sprawia że album nie nuży.
Jednak po wysłuchaniu całości kilkakrotnie dochodzę do wniosku, iż oprócz opisanego wyżej spokoju jaki występuje na tym albumie, panuje w nim jednak atmosfera smutku, tęsknoty; jakby powolnego wyczekiwania czegoś co tak naprawdę wcale się nie wydarzy. Ciężko określić to słowami. Nie jest to bezpośrednia emanacja negatywnymi emocjami. Nemezis porusza wyobraźnię odbiorcy i bardzo dyskretnie takie uczucia wzbudza. Chciałbym w tym miejscu podkreślić, że jest to oczywiście tylko moja własna interpretacja.
Już sam tytuł "Inbetween" prowokuje do pewnych przemyśleń.
Ciekawi mnie dlaczego tak trudno w dzisiejszych czasach stworzyć muzykę dobrą i pozytywną zarazem?
Czyżby projekt Nemezis znalazł złoty środek i nagrał album idealnie balansujący między relatywnym pesymizmem i umiarkowanym optymizmem? KaRRoLLuSS / KAOS EX MACHINA
Trudno znaleźć bardziej zapracowanego człowieka w polskiej elektronice niż Łukasz Pawlak. Od połowy lat 90. prowadzi niewielką, acz prężnie działającą wytwórnie Requiem. Zaczynał od muzyki industrialnej, obecnie zaś preferuje inne nowoczesne stylistyki, z ambientem na czele. Do tego dochodzi prowadzenie projektu Nemezis. Jest także autorem kompilacji „City Songs” – na jej poszczególnych częściach eksperymentuje z przedstawicielami rodzimego undergroundu. W Nemezis wspomagają go zasłużone postaci polskiej sceny ambient: Konrad Kucz i Marcin Bociński. Płyta „In Between” pełna jest uduchowionej i medytacyjnej aury. Warstwa rytmiczna jest tu jedynie skromnym dodatkiem. Pierwszorzędną rolę odgrywają niemal filmowe tła, urokliwe melodie, które tworzą nierealny, senny klimat. Można by rzec, że wiele takiej muzyki już powstało, lecz siłą Nemezis są udane kompozycje. Ich pomysłowość, niebanalna brzmieniowa faktura, jak i długość sprawią, że na pewno nie poczujecie nudy. Łatwo zatem zanurzyć się w ten nierealny świat, piękny niczym dziecięce sny. ROBERT MOCZYDŁOWSKI / CLUBBER.PL
Ciężar, hałas, perwersja, postindustrial - w ten sposób muzycy Nemezis opisują sięgające roku 1996 początki projektu. Tymczasem dziś, aby umieścić brzmienie zespołu w odpowiednim miejscu, musielibyśmy użyć akronimów wspomnianych określeń. A więc: żaden ciężar, lekkość za to. Hałasów brak, niezliczona zaś liczba wyciszeń. Zero perwersji, w zamian spokój, stateczność niemal. Postindustrial? Raczej downtempo, mniej lub bardziej nasycone eksperymentalną nutą. W ten właśnie sposób prezentuje się tegoroczny come back Nemezis - grupy, która na swój najnowszy krążek czekać nam kazała równe sześć lat.
Historia Nemezis pełna jest nie tylko wahnięć stylistycznych, ale też personalnych. Dziś projekt tworzy trio Łukasz Pawlak - Marcin Bociński - Konrad Kucz; prawdziwi wyjadacze, mający na swym koncie pękające w szwach elektroniczne CV. Muzycy reprezentują pokolenie dzisiejszych 30 - 35-latków, którzy nowe brzmienia promowali w czasach, gdy słowa typu "net-label", "laptop" czy "Ableton" nic jeszcze w elektronice nie znaczyły. I trzeba podkreślić, że "Inbetween" przesycona jest nastrojami kojarzącymi się z ambientem czy downtempo właśnie lat '90 - sporo tu odniesień do najbardziej klasycznych płyt Biosphere, Pete'a Namlooka czy Briana Eno (który ambientowy krążek nie czerpie z jego dorobku?). Momentami jest również nieco trip-hopowo, pojawiają się też fragmenty leciutko dotykające pierwszych płyt Autechre (choćby "Aerodrome", jeden z ciekawszych na płycie). Podstawę swej muzyki Nemezis opiera więc na brzmieniach dalekich od dokonań dzisiejszej nowej elektroniki - rezygnując z modnej perspektywy "mikro" (klików i kutów) trio przenosi się w rejon makro, proponując nam nieposzatkowane, niebanalne melodie, tworzące kameralny, przytulny, czasem tylko lekko szczypiący niepokojem nastrój. A wszystko w formie złożonej, wielowarstwowej, przestrzennej produkcji.
Członkowie Nemezis nie kryją swego muzycznego pochodzenia - sprawiają, że "Inbetween" nabiera momentami nieco sentymentalnego charakteru. Nie silą się też na szczęście na elektroniczną aktualność - grają po prostu swoje, konsekwentnie i na wysokim poziomie. Powrót Nemezis bardzo cieszy - zastanawiać się jedynie pozostaje, czy na kolejny krążek tria czekać nam przyjdzie do roku 2013...?
KRZYSZTOF STĘPLOWSKI / NOWAMUZYKA.PL
Kiedy kazano by nam wymienić artystów, którzy wyznaczali kierunki i budowali scenę elektroniczną w naszym kraju, to na pewno nie pominęlibyśmy Nemezis, formacji uznawanej przez wielu nie tylko za klasykę, ale nawet za jedną z najważniejszych grup w polskiej historii gatunku. Teraz, kiedy elektronika posiada już solidne fundamenty i ma wierne grono odbiorców, na rynku pojawia się "Inbetween". Czy jest to kolejny krok na przód, potwierdzenie klasy, czy też grupa, mimo takiej historii, nie jest już w stanie przykuć naszej uwagi?
Panowie Łukasz Pawlak, Konrad Kucz i Marcin Bociński, którzy pracowali nad materiałem blisko dziesięć miesięcy, uczynili "Inbetween" mieszanką typowej elektroniki, ambientu i ciekawego industrialu. Taki charakter mają wszystkie z dwunastu ścieżek, chociaż nie brakuje też różnych odchyleń i interesujących eksperymentów. Senne utwory przeplatają się z mocno elektronicznymi, czy nawet lekko psychodelicznymi, jednak wszystko ma raczej spokojny i refleksyjny charakter, który stanowi element scalający dla całej płyty. Prezentowane dźwięki wydają się być przemyślane i dopracowane, co doskonale obrazuje doświadczenie grupy, która powstała już w 1996 roku i przez ten czas zdążyła wyrobić sobie wysublimowany styl.
Przez wielu krytyków, twórczość Nemezis porównywana bywa do Biosphere czy Briana Eno, co dodaje niezwykłego prestiżu dokonaniom formacji i nadaje sens pracy, jaką poświęcają członkowie na łączenie sampli i dźwięków. Gościnnie wspierają te zabiegi takie postacie jak Maciej Staniecki, Dariusz Bilski, Patrycja Olton czy Marcin Świderski. Co więcej, podczas koncertów zespół kładzie nacisk także na stronę wizualną i teatralną, stąd współpraca z multimedialną grupą SukaOff.
Wydaje się, że rzadko można spotkać się z tak dopieszczonym i "światowym" albumem na naszym rynku, co niewątpliwie skłania do sięgania po twórczość Nemezis z "Inbetween" na czele. Jednak z drugiej strony, mimo niekwestionowanej piękności i zmysłowości materiału, trudno uznać tę płytę za coś niezwykle przełomowego i innowacyjnego, co zmusza nas do uznania krążka (tylko?) za potwierdzenie i tak bardzo wysokiej klasy formacji. Nie wiem na ile ta odpowiedź będzie satysfakcjonująca dla fanów elektroniki (bo po klasykach gatunku, można spodziewać się naprawdę wiele), ale na pewno daje nadzieję na najbliższą przyszłość, którą Nemezis maluje w optymistycznych barwach. Warto też chyba obserwować nowości wydawnicze Vivo Records, bo szkoda byłoby przegapić coś takiego jak "Inbetween"...
MICHAŁ PERZYNA / 80 BMP.PL
W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych polska elektronika wkroczyła w fazę dojrzałości. Wciąż jednak na palcach jednej ręki można wyliczyć wykonawców, którzy- tak jak Nemezis - potrafią ze swobodą łączyć formalne poszukiwania i eksperymenty z czytelnym dla niewtajemniczonych "projektowaniem" przestrzeni dźwiękowej i artykułowaniu przekazu.
Whispers from behind the window to dziesięć muzycznych impresji, które układają się w logicznie zakomponowany pejzaż psychologiczny. Zaskakująco sugestywny, zważywszy oszczędność użytych tu środków wyrazu. Tu i ówdzie pojawiająca sie elektroniczna pulsacja kojarzy się z minimalistyczną muzyką duetu Suicide sprzed ćwierć wieku; Nemezis równie chętnie korzysta z rozwiązań wprowadzonych do muzycznego elementarza XX-wiecznych kompozytorów i muzyków od Stockhauzena i Glassa po Briana Eno i Harolda Budda. Bardzo osobisty, wręcz intymny wymiar przydają płycie przewaga analogowych brzmień syntezatorowych, wtopione w faktórę utworów dźwięki konwencjonalnych instrumentów (gitara, bas, fortepian), naturalne efekty, umiejętnie różnicowanie dynamiki, złagodzenie eksptesji oraz operowanie ciszą, rygorystycznie podporządkowane dramaturgii kompozycji.
Owszem, dominuje ciemna, nokturnowa kolorystyka, ciekawie podkreślona efektami "wodnymi" od wywołujących melancholię odgłosów deszczu ale dla kontrastu są również kompzycje utrzymane w jaśniejszych barwach, a bywa że i opatrzone jakimiś niby egzotycznymi elementami, jakby "wysamplowanymi" z marzeń o baśniowych morzach południowych. W "Statekzza" mamy już prawie wprost odwołanie się aż do impresjonizmu Debussy'ego. (...)
Godzina muzyki stworzonej przez Łukasza Pawlaka i Macieja Stanieckiego - ludzi przecież i z osobna mających już spore osiągnięcia - może być ważna w procesie ewolucji polskiej elektroniki, I pozostaje mieć nadzieję, że dla Nemezis będzie to zarazem moment wyjścia ze środowiskowego getta. JERZY RZEWUSKI / TYLKO ROCK
Długo odwlekałem napisanie tej recenzji - po prostu długo chciałem przeżywać tę muzykę zanim wezmę pod lupę następne płyty. Industrial, ambient i przebłyski minimalizmu to słowa. którymi najchętniej opisuję stylistykę utworów. Słów, które miałyby odzwierciedlić klimat tej muzyki i moje odczucia wolę nie szukać.
Łukasz Pawlak i Maciej Staniecki posługując się elektroniczną syntezą, próbkami (część ich dostarczył Wojciech Benicewicz) i gitarą oraz – nade wszystko – własną wyobraźnią, stworzyli coś, czego tylko cienie można usłyszeć w światowym industrialu; dzieł równych lub przewyższających "Whispers" jest na Ziemi zaledwie "garść". JERZY LASOŃ / ESTRADA I STUDIO
Ta mała płytka ma już kilka lat, ale Nemezis to projekt, który zasługuje na zdecydowanie więcej uwagi. Stąd nieco spóźniona recenzja. Przede mną leży trzycalowa płytka owinięta w niebieską okładkę i zapakowana w pudełko po dyskietce. A w tym pudełku szaleją echa wprost z industrialnej hali. Bo to naznaczony piętnem industrialu ambient, odmienny od tego, który Nemezis zaprezentowało na 'Whispers from Behind the Window'. Na 'Iced Eyes' znajduje się zaledwie jeden, za to dwudziestominutowy, utwór. Jest on podzielony na dwie części. Pierwsza, zamglona, ascetyczna, mocno kontrastuje z drugą, w której pojawia się maszynowy rytm na tle zniekształconej i zapętlonej, jakby kościelnej pieśni. Mi osobiście bardziej do gustu przypadła pierwsza, może dlatego że jest bardziej transowa. Płytka łączy w sobie najlepsze z dwóch światów: wczesnego - industrialnego - wcielenia Nemezis i jego obecnego wyciszonego wizerunku. Warto więc sięgnąć po ten krótki krążek. Tym bardziej, że wciąż czekamy na kolejny (po 'Whispers from Behind the Window' z końca 2001 roku) album tego interesującego projektu. MICHAŁ [orwell] PORWET / POST INDUSTRY
Łukasz Pawlak, to człowiek, który kręci się już po undergroundowych kanałach sporo latek. W pewnym momencie, też w odległym w czasie, skręcił w rejony bardzo ezoteryczne. Pozwoliło mu to na totalne puszczenie wodzów fantazji- takie projekty jak THE RAPORT, DE NOTRE DAME, czy właśnie NEMEZIS, to ujawnienia twórczego umysłu. Wytrawni poszukiwacze pewnie zetknęli się z którymś z tworów Łukasza. Pod szyldem Requiem Prod. Recs. Wypełzły spore ilości, bardzo drastycznie limitowanych (do 100 góra egz.) kaset. Tym razem debiut w postaci bardzo ciekawie wydanego CD- staranne, niesamowicie estetyczne i niekonwencjonalne oprawy, to już jak gdyby wizytówka firmy (jeżeli można użyć tu takiego słowa). Dźwięki pochodzą z lat 97/98- wtedy odbywały się sesje, wtedy zgrywano do kupy całość. Mimo, iż ukazało się dopiero teraz i tak wyprzedza sceniczne ujawnienia o milę, dwie. Na "IŻ-ZA" mamy jeden, bardzo długi, blisko 50-cio minutowy utwór. NEMEZIS po różnorakich poszukiwaniach pośród ilustracji muzycznych, ambientalnych esencji wkracza w nowy rejon. Mamy tu więcej czystej elektroniki, okraszonej postindustrialnymi fascynacjami, transowym zapętleniem rytmu, uderzeń, z pojawiającymi się w tle przerobionymi głosami, przenikającymi szmerkami i innymi zaskakującymi rozwiązaniami (chociażby zabawny przecież koniec płyty... to niespodzianka dla tych, którzy ośmielą się na zakup). Całość jest jak wyprawa w wielowymiarowy świat elektronicznego dźwięku. Może nie jest to najlepsze ujawnienie NEMEZIS ale i tak dalekie wszelkim konwencjom muzycznym panującym na rynku nad/podziemnym. Panuje tu trochę psychodeliczny klimat (chociażby za sprawą 15-sto minutowego transu wprowadzającego sprytnie w pozytywne odrętwienie). Na pewno duży wpływ na całość ma obecność kolegi z innego, bardzo transelektronicznego projektu o nazwie KOŃCA TANIEC, kto zna ich "Święty spokój, beton i lód", pewnie wie co na "IZ-ZA" zapiszczało. ARTUR MIECZKOWSKI / ANXIOUS
Na każdej ze stron tej kasety pojawia się inny wykonawca. Od pierwszej chwili podbiła mnie strona z materiałem duetu Kalinovsy & Marchoff. To pierwsze wydane ujawnienie licznych pobocznych projektów Marchoffa, lidera znakomitej industrialnej grupy Different State. Materiał powstał podczas jednego z jego nowojorskich wypadów, i miejsce akcji nie jest tu przypadkowe. Nie ukrywający swych fascynacji nowojorską scena illbient Marchoff ma własny, głęboko zakorzeniony w industrialnych korzeniach, sposób mierzy się z tą estetyką. Skupiony wokół wytwórni Asphodel i Word Sound illbient to, najogólniej, wielkomiejska odpowiedź na ambient- przybrudzona postindustrialnymi chropowatościami i rozregulowana elektroniką, nasycona dubowo-hiphopowym pulsem. Marchoffa & co. interesuje głównie aspekt rytmiczny, cała ascetyczna - tak formalnie, jak i brzmieniowo- muzyka jest mu podporządkowana. A rytm powstaje na przecięciu całkowicie przekonstruowanych wątków dubu i hip hopu, spuentowanych dudnieniem etnicznych bębnów. Brakuje mi tu aranżacyjnego szlifu, ale w sumie eksperyment wypada bardzo nowocześnie i kreatywnie. Koncertowe nagrania Nemezis z drugie strony wypadaja na tym tle tradycyjnie, wręcz konwencjonalnie i mniej ciekawie. To w zasadzie jedna improwizatorska medytacja sublimująca industrial w ambient. Najlepsze utwory: chłopaki nie bawią się w nadawanie tytułów, generalnie cała strona Marchoff & Kalinovsky. RAFAŁ KSIĘŻYK / BRUM
Zacznę może od kolejnego projektu Ł. Pawlaka, NEMEZIS. Tym razem materiał koncertowy, co ni mu nie ujmuje...wręcz przeciwnie, wydobywa się tu większa doza improwizacji. Wszystkie "efekty" toczą się na transowym, zapętlonym podkładzie. Poprzez monotonię "miasta" przewijają się dziwaczne odgłosy, zarejestrowane w podświadomości, a odtworzone w umyśle tuż przed wkroczeniem w krainę snu -czyli odrealnione, jakby z pogłosem przetworzonym prze czas. Ogólny, leniwy, pełzający motor muzyki NEMEZIS jest wspierany fletem, syntezatorem, pojawiają się blachy i inne ciekawe odgłosy. Ogólnie niesamowicie wciągający w swą głębie materiał. Intryguje mnie, jakże chłopaki przedstawili to wizualnie...Choć z drugiej strony, odbiór "jednostronny" (czyli tylko dźwiękowy), pozwala na puszczenie wodzów fantazji.
Druga strona tej (ponownie limitowanej do 100 egz.) taśmy to dokonania duetu Marchoff (którego na co dzień można usłyszeć w bardzo dobrej formacji DIFFERENT STATE) i Kalinovsky, mało znana mi persona, acz, jak wynika z adresu e-mailowego, kolega pomieszkuje w kraju Myszki Miki i Majkela Dżeksona (tkalinowski suffolk.lib.n.y.usa). Tam też, w studio "AMBIENT-ILLBIENT NATION STUDIO" zrealizowano ten materiał. Myslę, że był to bardzo owocny wyskok za wielką wodę, jeśli chodzi o Marchoff'a, który objawiła się, jak na mój gust nieszablonowym dźwiękiem, ciężkim do sklasyfikowania. Jeżeli mama być szczery, mój umysł nie do końca odbiera na tych falach. Jest to odległe wszelkim konwencjonalnym strukturom, jak dla mnie zbyt monotonne, aczkolwiek same w sobie ciekawe, lekko minimalistyczno-eksperymentalne pętle uderzające w głowę niczym stan wysokiej gorączki. Czyli urojenia i mętne obrazy podane w psychodelicznym sosie, gdzie rozciągała się, wydłużają i zwijają w dziwne kształty wszystkie dźwięki. Jest tu miejsce na szczyptę "maszynowego" transu- olbrzymio hałaśliwego- i na nienaturalnie brzmiące pętle. Jak wspomniałem, dla mnie to samo w sobie "nienaturalne", "obce", "chłodne", zbyt odległe. Polecam zaznajomienie się jednak i z takim spojrzeniem na twórczość, aczkolwiek zaznaczyć muszę, iż sam NEMEZIS nie jest dla wprawionego ucha łatwa "rozrywką". ARTUR MIECZKOWSKI / ANXIOUS
Ten materiał ukazał się już jakiś czas temu, ale długo docierał z głębin undergroundu wyznaczonych przez maleńką wytwórnię "Requiem", oficynę nad wyraz w naszym podziemiu oryginalną, skoncentrowaną bowiem na muzyce z tradycji industrialnej i postindustrialnej. Split pojedynczych dłuższych kompozycji jednoosobowych projektów szefa wytwórni ŁUKASZA PAWLAKA (NEMEZIS) i FILIPA PASYMOWSKIEGO (SKWARKI) jest jej najlepszą wizytówką. Chociaż wydany tylko na kasecie śmiało może konkurować z analogicznymi produkcjami ze świata. Realizacja muzyki nie jest doskonała, ale koncepty, które legły u jej podstaw - znakomite. Linią wspólną, która pozwoliła połączyć oba utwory w split jest wyrażona na dwa różne sposoby wizja muzyki postindustrialnej. "Chasm" wychodzi od archetypu muzyki przemysłowej - ewidentnych odgłosów fabrycznej pracy, tyle, że osadzonych w miękkim brzmieniu, maszynowy rytm zmienia się stopniowo w taneczny bit, tła subtelnieją aż po klimat ambientu. Przy odpowiednim przybrudzeniu i przesterowaniu "Chasm" stałby się rasowym industrialem, przy wyważającym tempo remiksie powstałby z niego klubowy numer techno. Taki to magiczny relatywizm muzyki maszyn. "World is Factory" jest jeszcze lepszy, a już z pewnością bardziej magiczny. Tytuł tłumaczy wszystko, zgrzytliwy industrialny noise rozrzedzony i przemiksowany wraz z dźwiękami otoczenia dał muzyczną ilustrację świata natury w pełni jego dynamiki i przemian. Loopy nadają tej wizji dodatkowo walory transowe. Taki "Microcosmos" inaczej. Fascynujące. Blisko już stąd do ezoterycznych podróży takich alchemików muzyki jak MAEROR TRI czy NOCTURNAL EMISSIONS. Poświęcisz takiej muzyce 5 minut, wzruszysz ramionami - hałas, spędzisz z nią kilka godzin, doznasz olśnienia, od tej pory będziesz słyszał wokół siebie więcej. RAFAŁ KSIĘŻYK / BRUM 1/98 Recenzja ukazała się też w 22 numerze Informatora ARS 2